Dioksyny to zbiorcza nazwa dla setek związków chemicznych z grupy chlorowanych węglowodanów i należą one do najgroźniejszych substancji, które skażają środowisko (zaliczane do ksenobiotyków). Skąd się biorą? Powstają w głównej mierze na skutek działalności człowieka. Dostają się do naszego organizmu między innymi z pożywieniem. Część z nich wchłaniana jest przez naszą skórę, resztę wprowadzamy przez nasz układ oddechowy. Co ważne, dioksyny są rozpuszczalne w tłuszczach – szczególnie zwierzęcych.

Dlaczego poruszam ten temat? To dosyć ważne aby „być świadomym” w tym skażonym świecie. Na pewno nie raz obiło się Wam o uszy jedno z podstawowych zaleceń dietetycznych, które mówi, aby spożywać ryby ok. 2 razy w tygodniu. W 2006 roku zostały w Polsce przeprowadzone badania dotyczące zawartości dioksyn w pożywieniu. Jaki był ich efekt? Odnotowano przekroczoną dopuszczalną ich dawkę w wędzonym łososiu bałtyckim i wędzonym szprocie. A łosoś taki zdrowy, mówili..

Źródła dioksyn w żywności

Źródła dioksyn w żywności

Dioksyny działają kancerogenne – uszkadzają naszą odporność oraz niszczą nasz układ hormonalny: estrogen, testosteron, insulinę, hormony tarczycy. Są także odpowiedzialne za występowanie raka piersi, raka jąder, endometriozy, bezpłodności czy powstawania wad rozwojowych męskich narządów płciowych.

Co ciekawe, wystarczy 10-12 pikograma dioksyn aby stały się realnym zagrożeniem dla człowieka. Świadczy o tym chociażby przypadek Wiktora Juszczenki, prezydenta Ukrainy, którego otruto. Stężenie dioksyn w jego krwi 20 tysięcy razy przekroczyło dopuszczalną normę. Objawami zatrucia są między innymi zmiany skórne – do dziś widoczne na twarzy Juszczenki.

Toksyny w naszym ciele magazynowane są w tkance tłuszczowej. Tak więc właśnie tam (i w wątrobie) kumulują się także dioksyny. Co chcę przez to powiedzieć? Abstrahując już całkowicie od tematu dioksyn – im więcej tkanki tłuszczowej w organizmie, tym bardziej jesteśmy narażeni na choroby nowotworowe.

Co ciekawe, za największe emisje dioksyn do atmosfery odpowiedzialne są źródła naturalne – głównie pożary lasów. Do naszych organizmów dostają się one jednak nie tylko wskutek spalania odpadów, ale także np. wraz z potrawami z grilla, czy na skutek palenia drewna w otwartych i źle wentylowanych kominkach.

Kolejny wniosek: sposób przyrządzania potraw również wpływa na zawartość dioksyn. Typowe polskie grillowanie może zwiększyć ich zawartość w pożywieniu do ok. 50 razy. W roślinach również możemy znaleźć śladowe ilości dioksyn. Najbardziej kumulują je takie warzywa jak: kapusta, kalafior czy jarmuż.

Na szczęście matka natura nie zostawiła nas samych z tym problemem i zaopatrzyła w żywność zawierającą naturalne składniki usuwające z organizmu dioksyny i inne ksenobiotyki. Należy do nich m.in. skwalen. Zalecane dzienne spożycie skwalenu to 11mg dziennie. Dawki od 2000 do 5000mg/dzień uważa się za lecznicze w walce z chorobą nowotworową.

Skwalen

Skwalen

Powyższa tabela przedstawia produkty o najwyższej zawartości skwalenu. Na drugim miejscu znajduje się oliwa z oliwek, o której bardzo często mówi się w kontekście zawartości jednonienasyconych kwasów tłuszczowych, a jak widać zapomina o jej kolejnej ważnej właściwości.

Nie propaguję popadania w panikę, natomiast post ten ma zachęcić Was do kierowania się zdrowym rozsądkiem oraz do dokonywania lepszych wyborów. W tych czasach na wszystko trzeba „brać poprawkę” i na co dzień dokonywać wyborów typu „mniejsze zło”. Nie rezygnujmy całkowicie z ryb, tylko ograniczmy ich spożycie. Nie rezygnujmy z grillowania w sezonie letnim, tylko je ograniczmy. Grunt to znaleźć balans  i korzystać z lifehack’ów, które dała nam matka natura 😉